O snach, fascynacjach metafizyką i przenoszeniu ich na karty książek z bialską pisarką, Edytą Tyszkiewicz, rozmawia Małgorzata Brodowska

 

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z pisaniem?

 

Wydaje mi się, że piszę odkąd pamiętam, czyli od zawsze. Pierwsze były wiersze, które sobie zapisywałam i odkładałam do szuflady. Później niektóre z nich wysyłałam na różne konkursy literackie i nawet otrzymywałam za nie wyróżnienia. Mama wspomina, że kiedy nie umiałam jeszcze pisać, wymyślałam sobie piosenki i śpiewałam je. W czasach podstawówki, zafascynowana powieściami Sienkiewicza, zaczęłam pisać opowiadania. Ogromnie interesowały mnie przygody i tajemnice. Kiedyś spisałam wymyślone przygody moje, moich braci i naszych przyjaciół spod bloku w stylu „Pana Samochodzika”, którego uwielbiałam. W mojej rodzinie są tradycje malarskie. Próbowałam swoich sił również w tej dziedzinie. Stwierdziłam jednak, że jeśli zajmę się pisaniem i malowaniem jednocześnie, to niczego nie zrobię porządnie. Wybrałam więc pisanie.

 

Twoja debiutancka powieść „Trzy Anny w kapeluszach”, którą wydałaś kilka lat temu, została bardzo dobrze przyjęta przez środowisko. Co skłoniło cię do jej napisania?

 

Najpierw powstało opowiadanie. Któregoś dnia mój mąż stwierdził, że ten tekst nadaje się na fragment książki. Postanowiłam spróbować. Zaczęłam pisać kolejne rozdziały. Trwało to dość długo, bo nie zawsze miałam czas i wenę, by coś napisać. Często wpadał mi do głowy jakiś pomysł, zapisywałam go na kartce, a potem tekst czekał jakiś czas na opracowanie. Po napisaniu całej powieści długo nie mogłam zdecydować się na jej publikację. W końcu udało się, także dzięki ogromnemu wsparciu mojego męża.

 

Twój mąż zawsze jest pierwszym czytelnikiem i recenzentem twoich tekstów?

 

Zazwyczaj tak. Chociaż częściej to mój brat czyta jako pierwszy. Zawsze mam pewność, że opinia brata będzie szczera.

 

„Trzy Anny…” to kryminał z elementami metafizyki. Pewni ludzie mogą wpływać na umysły innych i sterować ich życiem. Skąd pomysł i zainteresowania tą dziedziną?

 

Kiedy po raz pierwszy obejrzałam „Milczenie owiec”, ostatnia scena szczególnie utkwiła mi w pamięci. Bohater grany przez Anthonego Hopkinsa po rozmowie z Claris odkłada słuchawkę i odchodzi. Jego postać w białej koszuli wtapia się w tłum. Nic nie odróżnia go od innych ludzi, zewnętrznie jest taki sam jak reszta. Po wyjściu z kina stwierdziłam, że praktycznie każda z osób przechodzących obok może być takim psychopatą. Skąd wiemy co się dziej w głowach mijanych osób? Kim są? Nie mają przecież żadnych szczególnych oznak, nic ich nie wyróżnia. Od tamtego momentu wciąż mnie to intryguje i przeraża.

Wracając do tematu wpływania na umysły innych, to się przecież dzieje każdego dnia. Taki mechanizm można zaobserwować chociażby w sektach – guru o silnej, dominującej osobowości wpływa na umysły osób podatnych na sugestię, słabszych psychicznie. Pod wpływem takiego guru ludzie są w stanie popełniać przestępstwa czy nawet odbierać sobie życie. Identyczny mechanizm zachodzi w rodzinach, gdzie stosowana jest przemoc. Kobiety są maltretowane przez mężów i nic z tym nie robią. Dlaczego? Bo się boją, są słabsze psychicznie, zdominowane do tego stopnia, iż praktycznie nie mają już własnej woli i podświadomie ulegają silniejszemu. Są więc ludzie, którzy swoją charyzmę, siłę umysłową wykorzystują do złych celów. W moich książkach często przerysowuję te zachowania dla osiągnięcia bardziej wyrazistego efektu.

 

Zawsze podkreślasz, że do powstania drugiej książki, „Motyl w zupie”, wydanej jesienią ubiegłego roku, przyczynił się twój sen. Często miewasz takie inspirujące sny?

 

Dość często. Sny były dla mnie ważne od zawsze. Jeśli sen jest bardzo nietypowy, ciekawy spisuję go, a później dopisuje resztę. Powstają z tego opowiadania, albo książka, tak jak w przypadku ostatniej powieści. Ten motyl w garnku z zupą naprawdę mi się przyśnił. Był piękny, żywy i kolorowy. Usiadł mi na ręku, otrzepał skrzydełka i odleciał. Byłam pod wrażeniem własnego snu na tyle, że go spisałam, a z czasem wymyśliłam do tego fabułę. Jej myślą przewodnią są właśnie sny.

 

Do jakiego gatunku literackiego zaliczasz swoją najnowszą książkę?

 

Zdecydowanie do realizmu magicznego. Zainteresowałam się nim kiedy zaczęłam czytać książki Jonathana Carrola. Po przeczytaniu „Krainy chichów” pomyślałam: „o, facet ma takie same sny jak ja”. Absolutnie nie porównuję się z nim, bo dla mnie jest to mistrz, którego nigdy nie doścignę. Jego słowa są tak piękne, smaczne, to prawdziwa uczta dla czytelnika. Ja piszę bardziej prosto, zwyczajnie.  

 

Twoja bohaterka Rozalia odkrywa w sobie zdolności do przewidywania przyszłości. Wierzysz w istnienie takich nadzwyczajnych umiejętności?

 

To nie jest kwestia wiary. Ja po prostu wiem, że istnieje coś takiego jak intuicja. Kiedy jesteśmy dziećmi to tego nie zauważamy. Dopiero jako dojrzali ludzie zaczynamy analizować siebie, swoje zachowania, zdarzenia i zauważamy, że nasza intuicja, czy jak kto woli – podświadomość, podpowiadała nam co dla nas będzie dobre, a co złe, tylko wtedy nie słuchaliśmy naszego wewnętrznego głosu i dlatego popełnialiśmy błędy. Moja bohaterka zawsze uciekała od tego wewnętrznego głosu, a teraz musi nauczyć się, że to dla niej ważne, potraktować jako dar, który został jej dany w jakimś celu.

 

Rozalia ma twoje cechy, czy jest osobą od początku do końca fikcyjną?

 

Fikcja literacka też musi być prawdopodobna, żeby czytelnik mógł w nią uwierzyć. Pisząc przenosi się na wymyśloną historię swoje doświadczenia, obserwacje, używany na co dzień język, pewne wydarzenia. Tak samo jest z ludźmi. Nie da się uniknąć chociażby częściowego wkomponowania własnych cech w opisywaną postać. Cząstka mnie jest w Rozalii, tak samo jak w innych bohaterach. W „Trzech Annach” pewne moje cechy miał Tomasz – realizował moje marzenia o własnej księgarni. Rozalię wyposażyłam we wspomnianą już intuicję, która dla mnie zawsze była bardzo ważna. Potrafię wyczuwać emocje innych ludzi.

 

Jak w kilku zdaniach opisałabyś swoją książkę?

 

Nie chcę zdradzać fabuły, więc powiem tylko, że to książka o miłości, czyli coś przed czym się zawsze broniłam. Nie chciałam nigdy pisać o miłości, a tu samo jakoś tak wyszło. To historia o próbie uratowania miłości dwojga ludzi, choć nie tylko. Przewijają się w niej wątki kryminalne, co może zainteresować miłośników tego gatunku. Nie jest to jednak ani klasyczny romans, ani kryminał.

 

Jak długo pisałaś tę powieść?

 

Dokładnie rok. Myślę, że to nie jest długo. Wydanie pierwszej książki zmotywowało mnie do napisania kolejnej.

 

Nad czym teraz pracujesz?

 

Mam kilka pomysłów, dwa z nich zaczęłam nawet spisywać, ale nie wiem jeszcze w który chciałabym wejść na dobre, aby powstała książka. Na razie nie mam czasu na pracę literacką, gdyż absorbują mnie różne inne zajęcia. Między innymi praca zawodowa. Piszę jednak krótsze formy, czyli opowiadania, które można przeczytać na moim blogu Kulturalny miszmasz.

 

Nazywasz siebie kobietą wielu zawodów.

 

To prawda. Niestety, pisanie książek nie jest dochodowym zajęciem, zarabiają na nim tylko gwiazdy i wybitni pisarze. Dla mnie to raczej hobby, a na życie trzeba zarobić. Z wykształcenia jestem przedszkolanką, ale nigdy nie pracowałam w przedszkolu, bo gdy skończyłam szkołę w naszym kraju zaczęły się „cudowne” przemiany ustrojowe. Funkcjonujące wcześniej tzw. nakazy pracy skończyły się. Trzeba było mieć znajomości, aby dostać pracę. Ja ich nie miałam, więc musiałam pożegnać się z wyuczonym zawodem.

 

Zmiana kwalifikacji i zawodu to chyba znak tych czasów. Podobno byłaś menadżerem kliniki w Warszawie?

 

Wtedy tego tak nie nazywano. Jeszcze w Białej pojawiła się propozycja pracy jako asystentki u stomatologa, więc podjęłam wyzwanie. Wówczas nie potrzebna była do tego szkoła tylko umiejętności. Przeszkolono mnie i zaczęłam pracować. Szło mi bardzo dobrze do tego stopnia, że gdy wyjechałam z mężem do Warszawy bardzo szybko znalazłam pracę w klinice stomatologicznej. Po tygodniu szef zaproponował, abym została kierowniczką nowo otwartej placówki. Zgodziłam się. To była harówa przez 12 godzin na dobę na pełnych obrotach, ale też prawdziwa szkoła życia.

 

Stolica jednak cię nie wciągnęła na zawsze. Wróciłaś w rodzinne strony. Po ilu latach?

 

Po sześciu. Wróciłam do Białej i zaczęłam pracować w sklepie outdoorowym. Znów uczyłam się czegoś nowego, jeździłam na szkolenia, targi. Później pracowałam w banku, a teraz w agencji zatrudnienia. Za każdym razem, gdy tracę pracę mam wrażenie, że zamyka się za mną pewien etap, a otwiera kolejny rozdział w życiu. Dlatego nie rwę włosów z głowy, nie dramatyzuję, tylko idę dalej. Wyznaję zasadę, że to co w życiu najważniejsze to rodzina i przyjaciele. Natomiast praca to tylko zawód, który wykonujesz teraz, ale nie wiesz co będzie za rok.  

 

Próbowałaś również sił w dziennikarstwie.

 

Tak, przez kilka lat współpracowałam z pismem „Pryzmat”. To było ciekawe doświadczenie, poznałam wielu nowych ludzi. Kiedy samorząd miejski przestał finansować jego wydawanie, nasz zespół redakcyjny stworzył stowarzyszenie i przez rok wydawaliśmy czasopismo „Przez Pryzmat”. Zostało ono zawieszone, gdyż brakuje nam sponsorów. W zamian organizujemy co miesiąc „Piątkowe pogaduchy”. W ich ramach mieszkańcy spotykają się z ciekawymi ludźmi, którzy opowiadają o swoich pasjach, dzielą się doświadczeniami. „Pogaduchy” znalazły już krąg stałych odbiorców.

 

Jesteś prezeską Stowarzyszenia Społeczno – Kulturalnego „Przez Pryzmat”. Jak ci się podoba ta funkcja?  

 

To tylko funkcja umowna, naprawdę. Właściwie wszyscy w stowarzyszeniu znaczymy tyle samo, razem podejmujemy decyzje i dobrze się bawimy. Jedyne czego pilnuję tylko ja, to sprawy urzędowe i myślę, że członkowie stowarzyszenia z przyjemnością obarczyli mnie tym obowiązkiem, ale na razie nie narzekam.

 

Czy jest takie miejsce, gdzie najchętniej odpoczywasz?

 

Myślę, że na co dzień jest to moje mieszkanie. Na własnej kanapie, z książką lub w towarzystwie dobrej muzyki. Wtedy mam ciszę, spokój. Poza tym lubię podróże, uwielbiam góry, ale wydaje mi się, że prawdą jest powiedzenie „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”.

 

  • Brak komentarzy

Skomentuj

Komentuj jako gość

0 / 1000 Ograniczenie ilości znaków
Twoja wiadomość powinna zawierać od 10-1000 znaków
warunki użytkowania.

WYDAWCA


logo arx

 

ARX-MERITUM Sp. z o.o.

ul. Dąbrowskiego 16

21-300 Radzyń Podlaski

REDAKCJA


Redaktor naczelny - Magdalena Krawczyk

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Radzyń Podlaski

Redaktor prowadzący - Magdalena Krawczyk

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

882-999-824

Biała Podlaska

Redaktor prowadzący - Marcin Kozarski

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

882-999-825

Parczew

Redaktor prowadzący - Dominika Lipowska

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Współpraca:

Małgorzata Brodowska (dziennikarz)

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Andrzej Kotyła (felietonista)

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

REKLAMA


Kontakt: 604-585-595

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Cennik

Specyfikacja techniczna reklam

Regulamin