Markiem Trelą, byłym, wieloletnim prezesem Stadniny Koni w Janowie Podlaskim, o kulisach jego odwołania, zarzutach wysuwanych wobec niego i planach na przyszłość rozmawia Sławomir Karwowski.

mt

 

Panie Prezesie, minęło już trochę czasu od Pana odwołania – początkowo pozbawionego jakichkolwiek uzasadnień, później opatrzonego dość ciężkiego kalibru zarzutami. Stadniną w Janowie zajęła się prokuratura, mówi się o „miażdżącej opinii” wynikającej z raportu NIK. Jak odniesie się Pan do zarzutów, jakie pojawiają się w stosunku do Pana?

Odnosiłem się do nich już podczas konferencji, na której w sposób jasny i klarowny, jak mi się wydawało, wykazaliśmy absurdalność zarzutów. Ta miażdżąca opinia dotyczy kontroli NIK-u, która w Stadninie zakończyła się wynikiem pozytywnym, z niewielkimi zastrzeżeniami. Zastrzeżenia dotyczyły zbiorników na paliwo nie poddawanym kontroli nadzoru technicznego, który w Janowie był dwa razy do roku. Pracownicy nadzoru sprawdzali wszystkie sprężarki, dźwigi itd. i zbiorniki też by sprawdzili, gdyby ktoś o tym wiedział – niestety jesteśmy przedsiębiorstwem rolnym, które może niedostatecznie śledziło te wszystkie zmiany w prawie, które następowały. W pewnym momencie wprowadzono taki obowiązek, my o nim nie wiedzieliśmy - nawiasem mówiąc to był zbiornik zupełnie nieużywany - ale zastrzeżenia znalazły się w raporcie nikowskim. Ja za to odpowiadałem, zapłaciłem karę, uchybienia zostały usunięte. I to, i inne sprawy, do których NIK miała zastrzeżenia, jak np. nie zawsze bieżące prowadzenie księgi obiektów budowlanych, zostały naprawione, sprawa została zakończona. CBA wydało orzeczenie, że w całej tej kontroli, która dotyczyła i stadnin koni arabskich, i aukcji, ale też całej działalności Agencji Nieruchomości Rolnych, jedynym zastrzeżeniem był fakt, że ANR bezprzetargowo kupiła trzy samochody za 160 tys. zł.

To, co pojawiło się 4 marca, jest czymś nowym. Ja nawet nie wiem, czy do końca zgodne z prawem jest to, że taka instytucja jak CBA wydaje z tego samego raportu kolejną opinię, która się jakby trochę różni od poprzedniej.

 

Duży nacisk kładziony jest na sprawdzoną przez CBA współpracę między Stadniną w Janowie a firmą Polturf, organizatorem Dni Konia Arabskiego. Milionowe zyski prywatnej firmy w obliczu strat wykazywanych przez stadniny podlegające pod ANR wzbudziły spore poruszenie.

Mówi się i pisze wciąż o dochodach firmy Polturf, natomiast nikt nie zastanawia się nad znaczeniem tego słowa. Dochody czy przychody? Nie ma słowa o kosztach i to jest kompletne nieporozumienie. To jest gigantyczna impreza, przygotowania do niej trwają praktycznie cały rok i to jest właśnie powód, dla którego my tego nie robimy sami. Gdyby było to takie proste, to sami zorganizowalibyśmy sobie aukcje, tylko wtedy to pewnie wyglądałoby jak prowincjonalne dożynki.

Prace nad kolejną aukcją zaczynają się praktycznie tuż po zakończeniu poprzedniej. Zawarliśmy w umowie z firmą Polturf punkt pozwalający nam na wypowiedzenie umowy w ciągu miesiąca po zakończeniu aukcji, właśnie na wypadek, gdyby coś było nie tak i gdybyśmy byli niezadowoleni z tego, jak ta impreza była przygotowana, przeprowadzona – mamy zastrzeżenia, mówimy: dziękujemy bardzo i mamy jeszcze czas na znalezienie nowego wykonawcy i robimy ją z kimś innym. Takich zastrzeżeń do tej pory nie było, wręcz przeciwnie, opinia całego środowiska hodowców była taka, że jest to najlepsza aukcja na całym świecie. Po co więc grzebać w czymś, co dobrze idzie?

 

Teraz jednak się w tym „grzebie”. Panie Prezesie, jak wygląda logistyka aukcji, to rzeczywiście przedsięwzięcie, które generuje ogromne koszty i wymaga tak dużej pomocy?

Prace nad przyszłą aukcją zaczynają się, tak jak wspomniałem, tuż po zakończeniu poprzedniej. Zanim jeszcze wybraliśmy konie, już były robione filmy z poprzedniej aukcji, potem były selekcjonowane konie, rozsyłane ogłoszenia o terminie aukcji, informacje rozprowadzane wśród klientów. Na następną aukcję, która zapewne się odbędzie, choć już zapewne nie z tym organizatorem, powstał już film promocyjny, w maju przyjedzie, przepraszam, przyjechać miał fotograf amerykański, który miał zrobić zdjęcia koniom z głównej aukcji do katalogu. Zaczyna się druk katalogów, zaproszenia, cała logistyka, opanowanie placu czempionowego i aukcyjnego, dekoracje, organizacja wycieczek poaukcyjnych, kiedy klienci z Janowa przejeżdżają przez Michałów i Białkę – to wszystko jest ta sama impreza i niemało kosztuje. Wiem, ile. Co roku dostawialiśmy raport z przychodów, co było dla nas oczywiste, bo płaciliśmy procent od sprzedaży, ale też firma Polturf wykazywała nam swoje koszty i wiemy dokładnie, jakie to są sumy.

 

Zdradzi Pan orientacyjne kwoty?

Nie mogę, to jest umowa handlowa, zresztą nie zdziwię się, jeśli firma Polturf będzie wyciągać konsekwencje w stosunku do tych, którzy wszystkie szczegóły ujawnili. To jest złamanie umowy handlowej między dwoma podmiotami i nikt, nawet minister nie ma prawa o tym mówić głośno. To łamanie prawa i ja nie chcę się do tego dołączać, ale gwarantuję, że te sumy różnią się znacząco od tego, co jest podawane jako przykład w mediach.

Panie Prezesie, nieoficjalnie pojawiają informacje, że Pana odwołanie może wiązać się z zajściami podczas którejś z przeszłych aukcji – chodzi o jednego z polityków PiS-u, który na aukcję chciał wstawić swojego konia. Kolejność chyba niespecjalnie mu odpowiadała, zdaje się, że chciał specjalnego potraktowania. Czy faktycznie taka sytuacja miała miejsce i czy za Pana odwołaniem mogą stać również prywatne animozje?

Wie pan, bardzo ostrożnie należy mówić o rzeczach, co do których nie ma się pełnej wiedzy, a jeszcze lepiej poparcia na piśmie. Ja mogę tylko mówić o rzeczach, które są mi wiadome. O tym, że pan senator miał jakieś pretensje do mnie, niezrozumiałe zresztą, bo nawet bym go na ulicy nie rozpoznał, wiedziałem już wcześniej. Wiem o tym, bo wysyłane były do ANR przez pana senatora niezbyt sympatyczne listy na mój temat, sugerujące różne rzeczy. Świadkowie tego są, te dokumenty powinny być w agencyjnych archiwach, więc można to faktycznie sprawdzić.

 

To czym Pan podpadł senatorowi?

Nie wiem. Może czuł się niedopieszczony jako senator, ja w każdym razie w tamtym czasie nie wiedziałem, o co chodzi. Może rzeczywiście miał na dalszym miejscu w aukcji niż się spodziewał swoją klacz, ale na takie właśnie zasługiwała – ktoś ją oglądał, ktoś ją kwalifikował, więc to nie był jakiś „zabieg” z naszej strony. Były uwagi do pani Ani Stojanowskiej, których ja nie rozumiem, bo zamiast cieszyć się z tego, że klacz została naprawdę została wspaniale sprzedana, miał pretensje, że gdyby była na lepszym miejscu, dostałaby cenę wyższą. Być może, ale wtedy posługując się tą logiką ta klacz, która straciłaby na rzecz klaczy pana senatora właściwe dla siebie miejsce, a była klaczą państwową, mogłaby dostać cenę niższą. Nie wiem, czy to jest takie patriotyczne podejście senatorskie do całej sprawy.

Tak czy owak, ja pana senatora znam jedynie ze zdjęcia. Podczas aukcji podszedł do mnie jego syn, pytając, czy nasz trener nie pokazałby tej klaczy. Wiedziałem, kto to jest, nie chciałem już żadnych zadrażnień, ale widziałem też, jak bardzo wyczerpany jest nasz trener, który dnia poprzedniego pokazywał konie w czempionacie, tego dnia też jest od rana w pracy, ma pokazywać Pepitę, więc zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie mogę mu tego nakazać, ale jeśli się zgodzi, to ja nie widzę przeszkód. Trener klacz zaprezentował, została sprzedana, po aukcji powiedziałem do niego: „No, jednak podjął się pan prezentacji dodatkowej”, a on spojrzał na mnie i mówi: „No jak pan dyrektor kazał, to jak mogłem jej nie pokazać?” (śmiech). To jednak tylko taki, powiedziałbym, koloryt, ja w każdym razie osobiście ze strony pana senatora nieprzyjemności wielkich nie doświadczyłem, natomiast wiem, że jego osoba była dość istotna w całym tym, powiedzmy, procesie.

 

Więcej do powiedzenia prawdopodobnie miałby dyrektor Białobok?

Zadrażnienia pana senatora z Michałowem są już bardzo poważne. Fakt, że stracił tam źrebaka, były jakieś też nieporozumienia, bo pan senator nie do końca chciał płacić za utrzymanie koni, ale to już nie jest moja a Michałowa sprawa. Faktem jednak jest, że w piątek popołudniu został zwolniony dyrektor Białobok, razem ze mną i panią Stojanowską, a w poniedziałek rano w Pińczowie był wniosek o ugodę i odszkodowanie w wys. 120 tys. zł dla pana senatora. To dość niecodzienna formuła, bo przed sądem zwykle występuje się po to, by ustalić winę i wysokość odszkodowania. W takiej formule, gdyby nowy zarząd stadniny w Michałowie powiedziałby – tak zgadzam się na ugodę, to w tym samym momencie wypłaca z kasy stadniny 120 tys. zł, bez żadnego dochodzenia zasadności. To dość sprytne posunięcie, ale zobaczymy jak to się będzie odbywać. Na pewno 31 marca oczy świata hodowców będą skierowane na sąd w Pińczowie i dowiemy się, jaki będzie dalszy ciąg.

 

Niedawno w Janowie padła cenna klacz, należąca do Shirley Watts Preria. Poza okolicznościami, które są dokładnie takie same, jak w przypadku Pianissimy. Właścicielka konia została poinformowana późno, ok. 1 w nocy, podczas gdy klacz zaczęła wykazywać objawy ostrej kolki już ok. 21. Nie za późno?

Ja jestem w stałym kontakcie z panią Watts, ale nie czułem się uprawniony do informowania jej, to zadanie prezesa. Rzeczywiście ma żal do Stadniny, jakie będą jej dalsze kroki, trudno powiedzieć. Rozmawiałem z nią wczoraj, powiedziała mi, że zawsze czuła się w Janowie jak w rodzinie, że była dumna ze współpracy z nami. Stąd zresztą wzięła się jej propozycja, żeby cztery klacze, za które zapłaciła tu prawie milion euro,przekazać na rok, tak, abyśmy mogli uzyskać po jednym źrebaku z każdej klaczy. To nieszczęście, że jedna z klaczy padła, ale zdarza się. To oczywiście nie jest wina obecnego zarządu – każde inne twierdzenie to bzdura.

 

Ale odpowiedzialność za zgon Pianissimy w takich samych okolicznościach niektórzy starają się przypisać Panu i zaniedbaniom. Zresztą, chyba Prerię też chętnie przypięto by Panu.

To nie jest poważny zarzut i ja go tak traktuję. Coś musieli znaleźć i znaleźli patyczek, kapiszon, bo to nie jest żadne działo. Nie ma takiej siły, żeby przewidzieć tego rodzaju schorzenie jak skręt jelit, bo to zupełnie losowa sprawa. Trzeba ogromnych zaniedbań zootechnicznych, żywieniowych, tak naprawdę nie wiem, co trzeba by zrobić, żeby wywołać skręt jelit. Za to drugie zdarzenie dokładnie tak samo nie można nikogo winić. Natomiast to, jak zachowywali się uczestnicy konferencji prasowej zorganizowanej po zgonie Prerii, to jest już zupełna żenada. Dokładanie mi tego, że padła druga klacz, zgłaszanie faktu do dochodzenia prokuratorskiego, to jest już absurd. Co miałoby na litość ono wykazać?

2012 Pianissima Marek Trela 12 06 04 113038 07 LPA 23261 1024

Wśród zarzutów, jakie są pod Pańskim i kolegów adresem wysuwane, pojawił się też ten mówiący o niekorzystnych dla strony polskiej umowach przy okazji transplantacji zarodków.

Mieliśmy konferencję, na którą zaprosiliśmypana ministra i przedstawicieli ANR, dziennikarzy, najlepszych specjalistów, jakich mogliśmy znaleźć z dziedziny rozrodu koni, chirurgów z kliniki SGGW – wszystko po to, żeby odpowiedzieć na pytania zarówno dotyczące transplantacji zarodków, jak i śmierci Pianissimy.

 

Można było zrobić coś więcej w przypadku Pianissimy?

Nie. Jako praktykujący lekarz weterynarii operowałem konie, również w takich przypadkach. Kiedy nie było możliwości przewiezienia konia do Warszawy a dyrektor Krzyształowicz podejmował decyzję, robiliśmy to na miejscu, czasem był to wybór między operacją a uśpieniem zwierzęcia. Ale to były zupełnie inne czasy i inna odpowiedzialność. W tej chwili na Torze Służewieckim działa klinika specjalizująca się w takich zabiegach i ważne jest tylko to, czy konia zdąży się dowieźć, czy nie. Wiele razy się udawało, mamy takie konie, które się uratowały, czy ze skrętu macicy, czy jelit, słynny ogier Ekstern został tak uratowany, ale niestety – nie zawsze się udaje. Często los sięga po najwybitniejsze osobniki, takie jak Pianissima właśnie, i my na to nie mamy wpływu. Wiem jednak, że wszystko, co można było zrobić, zostało wykonane. Podziękowałem za to pracownikom i naszemu lekarzowi weterynarii, zresztą chyba najbardziej doświadczonemu lekarzowi ze stadnin w całej Polsce. I całkowicie go rozumiem, że nie podjąłby się takiej operacji w warunkach stajennych, proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby się nie udało, gdzie byłby teraz. W przypadku skrętu jelit czasem nawet natychmiastowa pomoc niewiele daje, śmiertelność przy przemieszczeniu jelit jest bardzo wysoka. Tu nie było dyskusji. Samochód pojechał, kierowca powinien chyba dożywotnio stracić prawo jazdy, bo 200 km zrobił w niecałe dwie godziny, od momentu zauważenia objawów do chwili, gdy klacz znalazła się na stole w Służewcu, minęły 4 godziny. Nie mogę mieć pretensji do kogokolwiek, poza tymi, którzy podają takie bzdurne powody mojego odwołania. Można mnie było odwołać tylko dlatego, że się nie podobam, a nie wymyślać takie idiotyzmy.

 

Czy ma Pan jakieś obawy w związku z toczącym się postępowaniem prokuratorskim?

Nie mam i nigdy nie miałem obaw, bo wiem, co i jak robiłem. Natomiast zaczynam mieć wątpliwości. Jeśli pojawiają się nowe opinie na temat starych kontroli CBA, to nie wiem, czego jeszcze można się spodziewać.

 

W okolicach 20 lutego prawie wszystkie materiały ze strony internetowej Stadniny zostały przeniesione do archiwum. Pojawiły się różne dywagacje, łącznie z komentarzami, że ma to związek z informacjami nt. aukcji organizowanych przez Polturf. To była planowana przebudowa strony?

Nie, to nie było w planach. To była reakcja państwa Pawłowskich, którzy są właścicielami tej strony. Dawno, bo siedemnaście lat temu odwiedzili Stadninę, bardzo im się spodobała, choć nie mieli wcześniej do czynienia z końmi. Pan Wiesław jest pracownikiem naukowym, jego żona informatykiem i stwierdzili, że Stadninie przydałaby się strona internetowa. To były początki Internetu, wtedy jeszcze żadna stadnina nie miała czegoś takiego. Zrobili to sami, bezpłatnie, jako miłośnicy Janowa i nigdy nie dali się przekonać, żeby prowadzić tę stronę w ramach jakiejś umowy, oboje zresztą pracują. W momencie, kiedy zaczęli być atakowani, przepytywani, jakie mają prawa, a Stadnina zażądała od nich jakichś umów, autoryzacji i tak dalej, swoje informacje, bo to była wyłącznie ich wieloletnia praca, po prostu odcięli. Strona pozostała.

 

Jest Pan w stałym kontakcie z hodowcami, właścicielami stadnin na całym świecie, czy to, co się stało na początku roku ma duży wpływ na atmosferę wokół Janowa?

Janów za rok obchodzi 200-lecie. Jak będzie wyglądała tegoroczna aukcja, na razie nie wiadomo, bo nie widać, co dzieje się wokół jej organizacji. Atmosfera towarzyska nie jest najciekawsza. Padło bardzo wiele przykrych słów, oskarżeń, ludzie nie lubią takich rzeczy. Janów zawsze był miejscem owianym nimbem tradycji, historii, dobrej atmosfery, my zawsze staraliśmy się bywalcom stworzyć jak najlepsze warunki. Jakaś szczęśliwa gwiazda świeciła zawsze nad Janowem. Przecież udało się zrobić aukcję po Czarnobylu, udało się w stanie wojennym, kiedy wydawało się, że nikt nie przyjedzie. Atmosfera, która jest w tej chwili, to jest najgorsze, co mogło nas spotkać. Z rozmów np. z panią Watts mogę wywnioskować jedno, tego klienta Stadnina straciła na pewno. Jak będzie z innymi – nie wiem.

 

Na razie Stadnina w Janowie traci niektórych ludzi. Pracownicy odchodzą, pojawiają się nowi. Czy pana dawni współpracownicy obawiają się nowych porządków?

Każdy obawia się o przyszłość, bo jest to wielka niewiadoma. Zwolnili się trenerzy, pan Kozikowski i pani Wojtecka, osoby odpowiedzialne za stajnię pokazową, przygotowanie, kondycję najważniejszych koni czempionatowych i aukcyjnych.

 

Trudno będzie ich zastąpić?

Bardzo trudno. W tej chwili jest taka specjalizacja na świecie, że cały rynek pokazowy na świecie jest w rękach trenerów i centrów treningowych. To się tylko tak wydaje, że człowiek wychodzi z koniem, trzyma koniec linki i to wszystko. W to, jak koń prezentuje się na czempionacie, włożonych jest wiele miesięcy pracy, trening, system żywienia, budowanie psychiki konia, to wszystko składa się na jego wygraną. Ten sam koń prowadzony przez dwóch różnych ludzi zachowuje się zupełnie inaczej, potrzebne są indywidualne zdolności, które jedni ludzie mają, inni nie. W Janowie pracowali fachowcy.

 

Nowy zarząd ma już kogoś na ich miejsce?

Nie wiem. 19 dostałem wypowiedzenie, 20 o szóstej rano już zupełnie bezprawnie zrobiłem sobie ostatni obchód stajni, pożegnałem się z masztalerzami, którzy zresztą nic nie wiedzieli jeszcze o moim odejściu i to był mój ostatni kontakt z Janowem.

 

Jako człowiek związany przez całe praktycznie życie z polską hodowlą koni arabskich co sądzi Pan o pojawiających się w przestrzeni medialnej przewidywaniach, że ta nasza znana na całym świecie marka może upaść? Niektórzy wręcz sugerują, że na zamieszaniu w Polsce skorzystają hodowcy z Bliskiego Wschodu, którzy postarają się przejąć polskich specjalistów, poznają tajniki, metody, które powodują, że nasze konie odnoszą tak olbrzymie sukcesy.

Markę polskiej hodowli budują konie, ich sukcesy zagraniczne. My poświęcaliśmy bardzo wiele czasu, pieniędzy i sił, by te konie przygotować do startu i wygranych w największych światowych pokazach. Jeżeli konie przestaną zdobywać nagrody, marka z pewnością ucierpi. Co do Bliskiego Wschodu, cóż, od dawna interesuje się hodowlą koni, kupują wszystko, co najlepsze, ale nie mają takiego systemu hodowli, jaki my mieliśmy, systemu selekcji koni. Tam jest bardzo rynkowe podejście do wszystkiego, wszystko ma swoją cenę. My staraliśmy się wzorem dyrektora Krzyształowicza i pana Jaworowskiego z Michałowa tę rynkową stronę trochę odsuwać na bok. Pieniądze były potrzebne do tego, żeby żyć, a nie aby wykazywać się wielkim zyskiem. Gdyby tak nie było, Pianissima już dawno byłaby sprzedana, a pieniądze leżały w banku, ale też nie byłoby jej potomstwa. Podejście charakteryzujące stadninę, która ma bogatego właściciela, jakim jest państwo, i nie musi generować wielkiego zysku, pozwalało na utrzymanie wysokiego poziomu hodowlanego.

 

Oddźwięk w świecie hodowców ws. odwołania prezesów polskich stadnin był potężny, ale pojawiają się już kontrargumenty, że hodowcy potępiający decyzję ANR kierują się względami towarzyskimi czy politycznymi. Aż taką sympatią darzą Pana na całym świecie?

Chciałbym, ale nie przesadzajmy (śmiech). Mówiąc poważnie, oddźwięk jest, bo są obawy. My mamy przykłady tego, co działo się w podobnych obiektach, kiedy zmieniał się zarząd, sposób patrzenia na hodowlę, kiedy, mówiąc brutalnie, wkraczała do nich polityka. Tak się stało w stadninie koni w Tiersku na Kaukazie, to była państwowa stadnina rosyjska, gdzie na wskutek przemian w kraju zmieniły się stosunki własnościowe, zarządy – ta stadnina w tej chwili praktycznie nie istnieje na światowym rynku. Drugi przykład to starsza nawet od janowskiej stadnina w Babolnej na Węgrzech, gdzie zdjęto hodowcę, wkroczyła polityka i w ciągu trzech-czterech lat stadnina przestała funkcjonować. Tzn. ona jest, są budynki, pracują ludzie, są konie, tylko że ich jakość jest zupełnie inna. Minęło od tych ruchów kilkanaście lat, a do dziś ta stadnina nie może się odbudować. W 2015 urodziły się tam dwa źrebaki arabskie.

 

Ma Pan poparcie wśród hodowców na całym świecie, tutaj jednak musi Pan walczyć o dobre imię. Czy nie ma Pan ochoty machnąć ręką na to, co się teraz dzieje i dać spokój? Nie wolałby Pan odpuścić sobie tych ewentualnych procesów, kłopotów? Na brak propozycji zawodowych nie może Pan w końcu narzekać.

Nie mam ochoty wysłuchiwać oczerniania i na ile to możliwe, będę się temu przeciwstawiał, ale nie za wszelką cenę, nie będę w końcu walczył z całym aparatem państwowym. Jeśli będą mnie pytać o moje zdanie czy opinię, będę odpowiadał, ale nie zamierzam wytaczać walki przeciwko systemowi, bo tu jestem bezradny. Nie oszukujmy się, to walka z wiatrakami.

 

Od Pana odwołania minęło już trochę czasu, czy emocje, które musiały być z tym związane przycichły? Jak Pan się czuje, jak odnajduje się w rzeczywistości bez Janowa?

Kiepsko się czuję. Trudno jest się przestawić, wciąż łapię się, że mówię: nasza stadnina, nasze konie, staram się pilnować, ale nie jest to łatwe. Nie można przecież siedzieć i wspominać, życie toczy się dalej. Odczuwam jednak też coś w rodzaju ulgi, bo to jednak było obciążenie losami dwustuletniej stadniny. Codzienna odpowiedzialność, coroczny egzamin w postaci aukcji, którym zawsze towarzyszyła wytężona praca, stres, niepewność, czy się uda, czy goście przyjadą, czy nie stanie się coś, co popsuje tak ważne wydarzenie i sprawi, że zostaniemy bez pieniędzy na życie. Co roku musiało się udać, a ja byłem odpowiedzialny nawet za to, czy będzie burza albo spadnie deszcz. Gdyby cokolwiek nie wyszło, nikt nie powiedziałby, że firma Polturf zawiodła, w świat poszedłby przekaz, że janowska aukcja nie wypaliła. To była ogromna odpowiedzialność - nikt nie chciałby być ostatnim prezesem czy dyrektorem firmy, która istnieje od 200 lat. Teraz ten ciężar ze mnie spadł, ktoś inny wziął go sobie na głowę, a ja, cóż, może będę miał w końcu pierwsze wakacje z żoną, a nie jak zawsze w lipcu gryzł się i denerwował, żeby wszystko się udało (śmiech).

 

Podjął Pan już decyzję, co będzie Pan robił dalej? Przyjmie Pan propozycję szejka i wyemigruje budować hodowlę koni na Bliskim Wschodzie?

Cóż, ja nie zwykłem upierać się, jeśli mnie ktoś nie chce, więc nie ma mowy o żadnych staraniach o przywrócenie na stanowisko. Nie ma tej możliwości, ale też nie mógłbym współpracować z ludźmi, którzy się posuwali do takich niskich działań, jakie zostały wobec nas podjęte.

Natomiast reakcja całego świata związanego z hodowlą konia arabskiego nieco mnie zaskoczyła. To ogromne poparcie dodaje mi sił i niejaką autoryzację, żeby całkowicie się od mojej branży nie odrywać. Założyłem firmę Independent Horse Breeding Consulting, zwracają się do mnie ludzie, którzy życzą sobie, żebym im konsultował działania hodowlane, pomagał w stadninach. Tym się teraz zajmuję. Co do propozycji, szczerze mówiąc, jestem w tym wieku, że nie mam ochoty spędzać całego roku w ciepłych krajach – tam bywa bardzo ciepło (śmiech). Na pewno będę z nimi współpracował, ale to tu, w Polsce będzie moja baza. Co będzie potem – zobaczymy. Firmę otwieram dzisiaj, ale jeśli będzie potrzeba, to ją zamknę, żeby potem posprzątać w Janowie.

Dziękuję Panu za rozmowę

Skomentuj

Komentuj jako gość

0 / 1000 Ograniczenie ilości znaków
Twoja wiadomość powinna zawierać od 10-1000 znaków
warunki użytkowania.

WYDAWCA


logo arx

 

ARX-MERITUM Sp. z o.o.

ul. Dąbrowskiego 16

21-300 Radzyń Podlaski

REDAKCJA


Redaktor naczelny - Magdalena Krawczyk

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Radzyń Podlaski

Redaktor prowadzący - Magdalena Krawczyk

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

882-999-824

Biała Podlaska

Redaktor prowadzący - Marcin Kozarski

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

882-999-825

Parczew

Redaktor prowadzący - Dominika Lipowska

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Współpraca:

Małgorzata Brodowska (dziennikarz)

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Andrzej Kotyła (felietonista)

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

REKLAMA


Kontakt: 604-585-595

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Cennik

Specyfikacja techniczna reklam

Regulamin