O płacy minimalnej, handlu w niedzielę, sytuacji transportowców, roli związków zawodowych, skutkach reformy edukacji a także o godnym zabezpieczeniu emerytalnym, z Janem Guzem, przewodniczącym Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych rozmawia Marcin Kozarski.

 

Jan Guz infoKieruje pan największą w Polsce organizacją, stojącą na straży interesów pracowników. Jednak interesy te często znajdują się na kursie kolizyjnym z oczekiwaniami pracodawców. Jest jeszcze rynek, którym oczywiście nie steruje żadna niewidzialna ręka, lecz globalne instytucje finansowe, korporacje i wielka polityka. A czasem nawet konkretni ludzie. Da się to wszystko ze sobą pogodzić?

Rozwój wymaga kooperacji między pracownikami i pracodawcami. Naszym głównym celem jest jednak walka o prawa pracownicze. A kapitał dba przede wszystkim o wyższą stopę zysku. Mamy więc rozbieżne cele. Jednak w dzisiejszym świecie są różne formy dialogu między partnerami społecznymi. Próbujemy więc się porozumiewać, pamiętając o napięciach, które niekiedy przyjmują postać demonstracji czy strajków.

 

Jednym z fetyszy neoliberalnego kapitalizmu jest słowo koszty...

Zmniejszanie kosztów nie może być celem samym w sobie. Cięcie kosztów często dokonuje się kosztem praw pracowniczych – wynagrodzeń, bezpieczeństwa pracy, ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego. W Europie, na którą tak wielu polityków i liderów biznesu się obecnie powołuje, już dawno zrozumiano, że nie ma postępu gospodarczego bez postępu społecznego. Są to naczynia połączone. Bez równego i swobodnego dostępu do edukacji, dóbr kultury, wysokiej jakości usług publicznych i transferów socjalnych, nie ma mowy o nowoczesnym społeczeństwie. Pamiętajmy też, że koszty pracy wciąż należą w Polsce do najniższych w Unii Europejskiej. Tymczasem najwyższy poziom życia jest w państwach, w których koszty pracy są kilkukrotnie wyższe niż w Polsce, jak na przykład w krajach skandynawskich.

 

O budowaniu nowoczesnego, dojrzałego i egalitarnego społeczeństwa trudno też mówić, gdy weźmie się pod uwagę sytuację ekonomiczną przeciętnej polskiej rodziny.

Przeciętny dochód na osobę w Polsce nadal jest bardzo niski – wciąż nie przekroczył nawet 1500 zł. Tymczasem żeby rozwijała się gospodarka, musi być popyt. A on będzie rósł, gdy ludzie będą mieli więcej pieniędzy. Najlepszym przykładem tego jest efekt popytowy, jaki wywołał program „ Rodzina 500 plus” i inne świadczenia społeczne.

 

Dlatego postulujecie znaczne podniesienie płacy minimalnej?

Naszym zdaniem jej wzrost do poziomu co najmniej 50 procent średniej krajowej jest absolutnie niezbędny. W Niemczech minimalna stawka godzinowa wynosi 8,84 euro, a u nas zaledwie 13 złotych, czyli około 3 euro. Wbrew diagnozom liberalnych ekspertów, choć Niemcy mają wysoką płacę minimalną, bezrobocie należy u nich do najniższych w UE. Na dodatek różnica płac w euro między Polską i Niemcami wcale nie zmniejsza się, a wręcz rośnie. Jeszcze w 2008 roku Polska miała 33 procent wynagrodzeń niemieckich, dziś jest to już tylko 29,3 procent.

 

Czyli cofamy się? A mieliśmy przecież być drugą Irlandią. Był nawet taki premier, który obiecywał, że już niedługo Polacy będą wracać z Wysp, gdyż „praca w Polsce będzie się opłacać”...

Niewiele z tego jednak wyszło. Niestety dysproporcje rosną. Ale jak ma być inaczej, skoro przez ostatni rok wartość majątku najbogatszych Polaków wzrosła o 25 procent, a średnie płace tylko o 4 procent. 2,5 miliona ludzi, którzy wyjechali z Polski, uczynili tak przede wszystkim z powodu upokarzająco niskich zarobków.

 

Przede wszystkim?

Przede wszystkim, ale chodzi o całokształt warunków życia. W Polsce wciąż brakuje poszanowania dla pracownika, perspektyw rozwoju, czytelnych i uczciwych zasad awansu. W Polsce nie ma też rozwiniętych, uniwersalnych świadczeń społecznych i wysokiej jakości usług publicznych. To ludzi boli, odbiera im godność i szanse na normalne życie. Więc wielu opuszcza kraj. W efekcie następuje drenaż rąk i mózgów, gdyż wielu już tu nie wraca. Zatem nie tylko tracimy energicznych, rewelacyjnych, świetnych ludzi, ale następuje też spadek wpływów do budżetu czy do systemu emerytalnego.

 

Dla kogo dysproporcje rosną, dla tego rosną. Ponoć pensję minimalną lub niewiele wyższą od niej, otrzymują tylko ci o najniższych kwalifikacjach...

To mit. Takie pieniądze otrzymują również ludzie z wyższym wykształceniem, szczególnie młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy. Setki tysięcy ludzi wciąż pracuje na umowach śmieciowych, w ramach których nie ma pewności zatrudnienia, a płace są niskie. W efekcie rośnie grupa biednych pracujących. Poza tym w Polsce już pracuje około 1,3 miliona Ukraińców, których pracodawcy zatrudniają nie dlatego, że są lepsi, wydajniejsi czy bardziej wykształceni, tylko dlatego, że są tańsi – otrzymują niższe pensje i nie mają opłacanych składek zdrowotnych i emerytalno-rentowych. Ale przedsiębiorcy robiąc tak, nie zdają sobie sprawy, że podcinają gałąź, na której sami siedzą. Pracownik bez pieniędzy nie kupi ich towaru. A dziurawy system zabezpieczeń grozi katastrofą dla wszystkich.

 

Częstym argumentem za niepodnoszeniem wynagrodzeń jest słaba wydajność. Prawda, są jeszcze: zła koniunktura, kryzys, zbyt wysokie podatki i zbyt wysokie koszty. I tak w kółko. Jednak gdy Polacy pojadą do Anglii, to tam są nie tylko wydajni, ale należą też do najbardziej wydajnych. Cud jakiś?

Te różnice pokazują sedno problemu. Dzisiaj siłą mięśni czy prymitywną manufakturą nie da się z ludzi wycisnąć większej wydajności czy zdobyć rynku. Na to wszystko mają wpływ inwestycje, stosowane technologie, sposób zarządzania, wyposażenie, organizacja pracy, relacje międzyludzkie, jakość produktu, jego promocja czy wprowadzane innowacje.

 

Przedsiębiorcy narzekają również na opodatkowanie pracy...

Ale mówiąc o podniesieniu dochodu z pracy, bierzemy także pod uwagę ewentualne obniżenie stawek podatkowych dla najmniej zarabiających, myślimy nawet o preferencjach przy składkach na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Można to więc zrobić przy użyciu różnych instrumentów. W efekcie nawet państwo może być tańsze, gdyż w wyniku wzrostu płac wielu ludzi przestanie korzystać z pomocy społecznej. Ale warto też pamiętać, że opodatkowanie pracy należy w Polsce do najniższych w Unii Europejskiej. Jeżeli chcemy mieć wysokiej jakości usługi, dobrą edukację, powszechną opiekę przedszkolną i senioralną, to musimy płacić podatki. W Szwecji czy Francji podatki są o wiele wyższe niż w Polsce, a ludziom żyje się znacznie lepiej.

 

Pan mówi, że wydajność i konkurencyjność zależą od postępu technicznego, modelu zrządzania oraz przyjaznych i transparentnych relacji międzyludzkich w firmie. Tymczasem organizacja wielu naszych przedsiębiorstw w tym zakresie, pozostawia wiele do życzenia. Co gorsza, politykę kadrową część pracodawców nadal opiera na anachronicznym modelu polityczno-towarzyskim.

Dlatego chcę raz jeszcze podkreślić, że nie będzie postępu, jeżeli nie dojdzie do radykalnego wzrostu płac. To dlatego dziś pracodawcy czasem opłaca się zatrudnić człowieka do łopaty zamiast wynajęcia odpowiedniego sprzętu. Tam gdzie są wyższe płace, jest wyższa innowacyjność, są nowe urządzenia, nowe technologie, nowe wyzwania i wysoko wykwalifikowani pracownicy. Nieszczęściem by było, gdyby Polska pozostała jedynie zapleczem taniej siły roboczej, skansenem bez przyszłości. Dlatego postępując w ten sposób pracodawcy błędnie myślą.

 

Pracownicy też muszą zdawać sobie sprawę, że postępu technicznego nie zahamują i klasycznych miejsc pracy będzie coraz mniej...

Dlatego przeciętny pracownik podczas swojej kariery zawodowej kilkukrotnie zmienia pracę. Pracownicy są dzisiaj coraz bardziej elastyczni. Stare zawody będą stopniowo obumierały, będą powstawały nowe branże i pracownicy muszą być przygotowani na zmianę kwalifikacji. Z drugiej strony warto pamiętać, że dzisiaj największe firmy szukają wykwalifikowanych pracowników i robią wszystko, aby ich na trwałe do siebie przyciągnąć.

 

Przygotowanie pracowników do tych zmian jest też zadaniem dla ruchu związkowego...

Związki zawodowe pełnią w wielu sytuacjach ważną rolę. Jednym z najważniejszych zadań jest pilnowanie poziomu życia pracujących. Stąd między innymi mobilizacja w górnictwie. Mamy kilka obywatelskich projektów ustaw, dążymy też do ustanowienia Europejskiej Płacy Minimalnej. Przypominam, że to dzięki nam Trybunał Konstytucyjny przyznał prawo do zrzeszania się w związkach wszystkim pracującym. I to my wpłynęliśmy na wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej. Domagaliśmy się tego przez wielu lat, widząc olbrzymią skalę wyzysku. Ludziom płacono po 5, a nawet po 2 złote za godzinę. Nie było naszej zgody na tę patologię i stąd nasza propozycja minimalnej płacy godzinowej.jan guz info 2

 

Rząd Beaty Szydło ogłosił to jednak jako swój sukces.

Oni tego nie wymyślili, a jedynie wprowadzili w życie. Pracowaliśmy nad zmianą opinii publicznej w tej sprawie przez kilka lat i wkrótce po wyborach stosowny projekt w Sejmie poparły prawie wszystkie siły polityczne. Ale pomysł był nasz i to my jako pierwsi zaczęliśmy o tym mówić.

 

A co wpłynęło na spadek zawieranych umów śmieciowych?

Skala umów śmieciowych niestety nadal jest olbrzymia i wciąż czekamy na zmiany w tym obszarze, ale niewątpliwie do poprawy sytuacji mogą przyczynić się częstsze kontrole Państwowej Inspekcji Pracy i przyznanie jej szerszych kompetencji. Wielu przedsiębiorcom już nie opłaca się omijać prawa pracy i lekceważyć przepisów. Niewielu pracodawców protestuje też dziś przeciwko minimalnej płacy godzinowej.

 

A tyle było krzyku...

Wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej poparły reprezentatywne organizacje pracodawców. Nie uczyniły tego z nagłego oświecenia i zwrotu ku prawom pracowniczym, lecz z kalkulacji. Po prostu bały się śmieciowej konkurencji. Przez wiele lat w zamówieniach publicznych wygrywały firmy płacące najniższe stawki. Przedsiębiorstwa, które uczciwie rozliczały się z fiskusem i płaciły godne wynagrodzenia, przegrywały na starcie. Stąd poparcie dużych organizacji pracodawców dla naszych propozycji. Ograniczanie skali szarej strefy i umów nieoskładkowanych opłaca się pracownikom, solidnym firmom i całemu państwu.

 

Trwają prace nad ustawą o zakazie handlu w niedzielę. W grę ma wchodzić jednak mnóstwo wyjątków. Tymczasem przeciwnicy przywołują przykłady krajów, w których się od takiego zakazu odchodzi i ostrzegają przed spadkiem obrotów. Jakie jest stanowisko związku?

Nasze stanowisko jest jasne. Trzeba ludziom więcej płacić, a wtedy będą chętnie pracowali nawet w niedzielę. Chcemy, by za pracę w niedzielę obowiązywało 2,5 stawki z dnia powszedniego w każdej grupie zawodowej, nie tylko w handlu. Jednak powinna być pełna dobrowolność. W niedzielę chętnie dorobiliby sobie studenci czy zdolni do pracy seniorzy. Przecież już dzisiaj w niedzielę pracuje mnóstwo grup zawodowych – pracownicy transportu, energetyki, policji, służby zdrowia. Można długo wymieniać.

 

A co z transportowcami, których pod naciskiem Francji, chce pod przymusem uszczęśliwić Komisja Europejska?

Nasze zdanie w tej sprawie jest jasne: równa płaca za tę samą pracę. Nie widzę żadnych powodów do dyskryminacji polskich pracowników pracujących w Belgii czy Francji. Przecież nasi kierowcy pracują tak samo ciężko, jak ich zachodni koledzy. Nie jeżdżą wolniej, nie przewożą mniej towarów. Dlatego zdumiewa mnie, że polski minister jedzie do swojego odpowiednika w Niemczech i mówi, że chce, by tamtejsi pracodawcy płacili Polakom mniej. Ci sami politycy, którzy chcą, by nasi kierowcy zarabiali mniej, jednocześnie nawołują każdego dnia do wyrwania się Polski z pułapki średniego rozwoju i położenia kresu konkurowaniu niskimi kosztami pracy.

 

Mamy właśnie przez to być konkurencyjni dla zachodnich przewoźników...

Mamy konkurować niskimi płacami? Sami sobie szkodzimy i dodatkowo psujemy rynek pracy.

 

Zawsze można jeszcze taniej?

Otóż to. Co by było, gdyby przyjechali Ukraińcy i zaczęli pracować za połowę stawki Polaków? Co by powiedzieli wtedy nasi transportowcy? Nie utrzyma się na rynku firma z kilkoma ciężarówkami, tylko przez to, że właściciel będzie mógł eksploatować kierowcę ponad siły i jeszcze mu mniej płacić. Nie tędy droga.

 

Mówiąc o postępie technicznym dotknęliśmy bardzo ważnego zagadnienia. Eksperci zwracają uwagę, że w przyszłości nie dla wszystkich będzie praca.

To już jest faktem. Byłem w wielu fabrykach, gdzie nie widać człowieka. Jeszcze dziesięć lat temu w Hucie Warszawa pracowało 12 tysięcy ludzi, dzisiaj jest tam 500 osób. Podobnie na wielu liniach technologicznych, gdzie ludzi wypierają automaty.

 

Co zatem proponujecie?

Nie godzimy się na XIX-wieczne warunki pracy, zatem domagamy się skrócenia czasu pracy. W związku z tym, że pracy jest i będzie coraz mniej, trzeba się nią dzielić. Przecież to, na co jeszcze dziesięć lat temu potrzeba było osiem godzin, dziś można zrobić znacznie szybciej. Dlatego zaproponowaliśmy skrócenie czasu pracy. Postulujemy też wydłużenie urlopu wypoczynkowego do 32 dni.

 

To ile powinniśmy dziś pracować?

Sześć godzin, może siedem.

 

Żartuje Pan? Stowarzyszenia pracodawców od lat przekonują, że trzeba pracować więcej i dłużej, bo tylko wtedy dogonimy Zachód. Profesor Balcerowicz także uważa, że pracujemy za mało i za krótko.

Środowiska liberalne nieustannie nawołują, byśmy brali przykład z zachodniej Europy. No to bierzmy z niej przykład. W Niemczech, Belgii pracuje się o kilkaset godzin rocznie krócej niż w Polsce.

 

Jeśli pracy będzie brakowało, może trzeba będzie pomyśleć o wypłacanym przez państwo bezwarunkowym dochodzie podstawowym. Z takimi rozwiązaniami eksperymentowano już m.in. w Kanadzie i Finlandii. Do BDP przekonuje nawet założyciel Facebooka Mark Zuckerberg...

Nie ulega wątpliwości, że osobom, które nie są w stanie pracować lub dla których nie ma pracy, trzeba zagwarantować jakieś minimum egzystencji. Może nawet trzeba będzie wypłacać wcześniejsze emerytury. Z drugiej strony warto pamiętać, że w krajach najbardziej rozwiniętych technologicznie wskaźniki zatrudnienia są bardzo wysokie – coraz więcej ludzi pracuje w sektorze służby zdrowia czy opieki. Warto też przypomnieć, że w Konstytucję RP wpisana jest polityka pełnego zatrudnienia.

 

Myśli Pan o jakiejś korekcie dotychczasowego systemu?

Mamy mnóstwo propozycji. Poza wyższymi stawkami za pracę w niedzielę czy wydłużeniem urlopu wypoczynkowego kilka lat temu zebraliśmy ponad 700 tys. podpisów pod propozycją wprowadzenia prawa do emerytury ze względu na staż pracy – 35 lat stażu ubezpieczeniowego dla kobiet, 40 lat dla mężczyzn. Naszym zdaniem przyjęcie takiej formuły wpłynęłoby na ucywilizowanie rynku pracy. Wówczas sami pracownicy dbaliby o swoje składki i nie daliby się tak łatwo wypychać poza system. Wysokość emerytury wynikałaby z zarobków, liczby przepracowanych lat i wysokości uzbieranego kapitału. Natomiast wiek emerytalny wynikający z metryki powinien odchodzić w przeszłość. Gwarancje wypłaty emerytur musi wziąć na siebie państwo, przy uwzględnieniu zasady solidarności pokoleń.

 

A może emerytury obywatelskie?

W jakiejś przyszłości jestem to sobie w stanie wyobrazić. Jednak obecnie wprowadzenie takiego rozwiązania byłoby nieefektywne i bezzasadne. No bo po co mielibyśmy płacić składki, skoro i tak państwo wypłaciłoby nam tę samą minimalną emeryturę? Przy takim podejściu lepiej by było pracować w szarej strefie. Ponadto propozycje emerytury obywatelskiej zakładają, że będzie ona bardzo niska. W praktyce oznaczałoby to biedną starość dla większości Polaków i luksusy dla nielicznych.

 

Tyle, że jeśli się coś z tym nie zrobi, wielu z obecnie pracujących, ze względu na umowy śmieciowe, może nie uzyskać prawa do emerytury. W efekcie staną się beneficjentami opieki społecznej. Zatem ludzie i tak przyjdą po pomoc do państwa.

Dlatego trzeba przeciwdziałać umowom cywilnoprawnym, oskładkować wszystkie rodzaje zatrudnienia, walczyć z szarą strefą, a zarazem stworzyć rozwiniętą sieć świadczeń społecznych. W obecnym systemie wiele osób w ogóle nie otrzyma emerytury, albo dostanie ją na bardzo niskim poziomie, nie pozwalającym na zaspokojenie podstawowych potrzeb.

 

Jednocześnie mamy też obowiązek premiowania tych, którzy się ubezpieczają...

Ubezpieczeni powinni być wszyscy. Ludzie nie mogą się bać biednej starości.

 

Przedsiębiorcy od lat mówią o potrzebie reformy kodeksu pracy. Ich zdaniem jest on przestarzały i należałoby go uelastycznić...

Prawo pracy już teraz jest nadmiernie elastyczne. Mamy umowy cywilnoprawne, agencje pracy tymczasowej, zatrudnienie na czas określony, zastępstwa czy telepracę.

 

jan guz info 4No to co pracodawcy chcą jeszcze uelastyczniać?

Chcieliby zapewne zamiast umów o pracę upowszechnić znacznie bardziej elastyczne kontrakty. Oznaczałoby to odejście od etatów, możliwość zwolnienia pracownika w każdej chwili, ograniczenia lub odejścia od opłacania składek, przy jednoczesnym narzuceniu wysokiego reżimu pracy. Byłaby to bezwzględna eksploatacja, na co nie możemy się zgodzić. Przedsiębiorstwo to mikrośrodowisko społeczne, gdzie zarówno właściciel, jak i pracownicy najemni wspólnie przyczyniają się do wzrostu gospodarczego i wzajemnej ekonomicznej pomyślności. Są więc niejako za siebie współodpowiedzialni. Uśmieciowienie rynku pracy ma mnóstwo negatywnych konsekwencji dla pracowników, firm i całej gospodarki.

 

Trudno o stabilny rozwój, gdy pracownicy są zestresowani i nie mają elementarnej stabilności zatrudnienia...

Po to się zorganizowaliśmy, tworząc określone wspólnoty, w tym państwo, by lepiej nam się żyło. Abyśmy mogli wzajemnie się wspierać, ograniczać konflikty, wyrównywać szanse. Po to także utworzyliśmy Unię Europejską. Niestety, wciąż są pracownicy, którzy nie otrzymują wynagrodzeń, albo dostają takie, za które wprawdzie umrzeć nie można, ale i żyć się nie da.

 

Czyli tak zwani „biedni pracujący”?

Tak, ale liczba biednych pracujących jest wyliczana jedynie na podstawie zatrudnionych etatowo. Statystyki nie obejmują zarobkujących na umowach cywilnoprawnych, nie uwzględniają olbrzymiej skali całego śmieciowego zatrudnienia. A w wielu przypadkach wiąże się ono z łamaniem przepisów prawa pracy i poniżaniem pracowników.

 

A związki zawodowe można swobodnie zakładać?

Pracodawca sam nie zaproponuje, by pracownicy się zrzeszali. Raczej nie spyta też, czy chcą dostać podwyżkę. A wręcz odwrotnie, będzie płacił jak najmniej i utrudniał założenie organizacji związkowej. W sektorze prywatnym uzwiązkowienie jest bardzo niskie, bo pracodawcy robią wszystko, aby utrudnić założenie organizacji związkowej, a w małych firmach do niedawna założenie związku zawodowego było w zasadzie niemożliwe.

 

Aż tak?

Niestety polski rynek pracy wciąż jest bardzo niesprawiedliwy i większość firm opiera się na dyktacie pracodawców. Zgodnie z ustawą związek zawodowy można było założyć dopiero wtedy, gdy chciało w nim działać co najmniej 10 pracowników. Wszystkie małe firmy więc automatycznie odpadały. Sytuację zmienił dopiero wyrok Trybunału Konstytucyjnego, wskazujący, że nie można utrudniać działalności w organizacjach związkowych. Stąd potrzeba silniejszych związków zawodowych, aby reprezentowały one ludzi pracy w rozmowach z pracodawcą. Jednostka nie jest w stanie pokonać wszelkich trudności. W grupie można więcej.

 

Pracodawcy oskarżają was, że jesteście dobrze opłacaną kastą, że związki zawodowe są niepotrzebne, że to już przeżytek...

W OPZZ jest ponad 4,5 tysiąca organizacji zakładowych. Ludzie do nich należący zazwyczaj nie mają etatów związkowych ani wielkich apanaży. Przyjmują tylko dodatkowe obowiązki, a nie wynikające z tego profity. Wiem, że jeśli się związkowiec upomina nawet o podstawowe rzeczy, jest niemile widziany. No ale ktoś to musi robić.

 

W firmach, w których działacie prawo jest mniej łamane?

Zdecydowanie tak. Wszystkie dane pokazują, że w firmach, w których działają związki zawodowe, prawo jest bardziej przestrzegane niż tam, gdzie ich nie ma. Poza tym spójrzmy na kraje, na których chcemy się wzorować. W wysoko rozwiniętej gospodarczo i społecznie Skandynawii powszechne są układy zbiorowe pracy, które u nas należą do rzadkości. Pracodawcy w Polsce wręcz bronią się przed układami zbiorowymi. Można nie regulować wszystkiego w kodeksie pracy, bo firma firmie nierówna kondycją ekonomiczną czy warunkami produkcyjnymi. Ale w takim razie potrzeba silnych związków zawodowych, które wywalczą godne warunki pracy dla wszystkich pracowników.

 

A rady pracowników zdały swój egzamin?

W Polsce zostały one zmarginalizowane i mają niewiele do powiedzenia. Zresztą, powiem uczciwie, związki zawodowe uznały je za konkurencję, gdyż otrzymały podobne zadania. A dzisiaj, podczas dyskusji nad kodeksem pracy, proponuje się jeszcze wprowadzenie instytucji delegata załogi, który miałby uprawnienia zakładowej organizacji związkowej. Naszym zdaniem to próba skłócenia środowisk pracowniczych.

 

Komuś zależy na mnożeniu bytów?

Być może. W moim odczuciu związkowa reprezentacja pracownicza powinna być silniejsza. Tradycja związkowa ma już przecież ponad sto lat. Oczywiście związki powinny się dostosowywać do nowych warunków i zmieniającej się sytuacji, nie mogą przecież tkwić w XIX wiecznych realiach. Stąd i nasze postulaty są dziś inne, niż kilkadziesiąt lat temu. Wtedy walczyliśmy o osiem godzin pracy, dziś mówimy o sześciu.

 

Niektórzy w wyniku planowanych przez rząd reform mogą w ogóle nie pracować. Będą zwolnienia nauczycieli?

Każda restrukturyzacja powoduje zwolnienia. Tak było w zakładach produkcyjnych i tak będzie w edukacji. Zrzeszony w OPZZ Związek Nauczycielstwa Polskiego sygnalizuje już przygotowania do redukcji etatów. A niektóre samorządy domagają się większych pieniędzy, gdyż brakuje im środków na odprawy. Zwolnienia będą na pewno. Dlatego było tak wiele apeli do minister edukacji i dlatego były zbierane podpisy pod wnioskiem o referendum. Rząd mówi, że reforma szkolnictwa będzie bezkosztowa. Jeśli tak, to skala cięć i zwolnień musi być olbrzymia. Nie ma dużych zmian bez kosztów.

 

Mówią, że referendum za późno, gdyż reforma już wchodzi w życie. Nie można było wcześniej?

A kiedy rząd rozpoczął dialog w tej sprawie? Przecież my jeszcze rok temu nie wiedzieliśmy, na czym ma to wszystko polegać. Kiedy pojawiły się pierwsze sygnały o reformie, dopytywaliśmy kto jest autorem tych zmian. Ale nikt się wówczas do nich nie przyznawał, ani resort edukacji, ani posłowie rządzącej koalicji. Nauczyciele nie mówią, że nie trzeba zmian, tyle że proces kształcenia jest bardzo wrażliwy na nagłe i rewolucyjne pomysły. Jest też podejrzenie, że nie tylko chodzi o reformę systemu, lecz również o zmianę programową, która będzie bardzo niekorzystna.

 

Władza mówi, że upartyjnieni jesteście. Dlatego chcecie, by było tak jak było...

Nie jesteśmy upartyjnieni, upolitycznieni ani zideologizowani. Bronimy interesów świata pracy i jako związek reprezentujemy wszystkich pracowników.

 

Jakiś czas temu zawiązaliście sojusz z NSZZ Solidarność i Forum Związków Zawodowych. Współpraca trwa nadal?

Umowy nikt nie wypowiedział, jednak nasze interesy się rozchodzą. My bez względu na to kto rządzi występujemy w imieniu pracowników. Tak było także w czasach rządów SLD. Teraz także domagamy się poszanowania ich praw i będziemy to czynić. Nie byliśmy i nie będziemy parasolem ochronnym dla rządu. Dostrzegamy zbyt wiele niegodziwości, nieprawości i niesprawiedliwości, by milczeć. Niedobrze, że w wielu ważnych sprawach brak jest porozumienia międzyzwiązkowego, a stajemy przed ważnymi wyzwaniami. Trwają przecież negocjacje w sprawie budżetu na przyszły rok, od którego zależy poziom życia obywateli. To z niego wynikają nie tylko płaca minimalna, ale wynagrodzenia sfery budżetowej, zasiłki dla bezrobotnych, poziom zabezpieczeń emerytalno-rentowych. Chcemy też zakończenia dyskusji na temat ustawy o związkach zawodowych.

 

Przypomniał pan rządy SLD. Czy to była lewica?

Niestety w wielu sprawach Sojusz uległ liberalnej ortodoksji. Dlatego dzisiaj ostrożnie podchodzimy do współpracy ze wszystkimi partiami.

 

W czym najbardziej brakuje porozumienia między związkami?

Choćby w sprawie płacy minimalnej, nasza propozycja nie została przyjęta. My uważamy, że powinna ona wynosić 50 procent średniej płacy, a inna centrala związkowa uznała, że to byłaby za wysoka podwyżka.

 

Ludziom by w głowach się przewróciło?

Najwyraźniej. Dziś mamy 1450 złotych na rękę, a po naszej propozycji byłoby około 1600 zł. Mnóstwo pieniędzy proszę pana.

 

A stać nas na taką podwyżkę?

My uważamy, że tak. Gospodarka się rozwija, mamy spadające bezrobocie, wysokie zyski w firmach. Podwyższenie wynagrodzeń jest po prostu niezbędne, by utrzymać dynamikę wzrostową. Przypominam, że w tym roku płaca minimalna wzrosła o 150 zł i jej podniesienie nie doprowadziło do żadnych negatywnych skutków.

 

Może ludzie domagają się rzeczy niemożliwych? Może jesteśmy jakimś ewenementem w Europie?

Polska jest ewenementem odnośnie bardzo niskiego poziomu dochodów, wysokiej skali umów śmieciowych i łamania praw pracowniczych. Jest wiele praw europejskich, które w Polsce nie są przestrzegane. Wciąż nie podpisaliśmy rozdziału drugiego Europejskiej Karty Socjalnej. Dziwnym trafem dotyczy on właśnie godziwego wynagrodzenia. Do realizacji nie przyjęto także połowy konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy. Teraz mówimy o Europejskim Filarze Społecznym, gdzie Polska i Węgry już zasygnalizowały, że do tego porozumienia nie przystąpią. Jako kraj sami sytuujemy się w Europie drugiej prędkości.

 

No dobrze. Ale mamy być za to odnową moralną dla Zachodu i eksporterem wartości...

Zamiast odnowy moralnej wolelibyśmy wyższe płace, bardziej stabilne zatrudnienie, lepszy dostęp do służby zdrowia i godne zabezpieczenie emerytalne. Same deklaracje nie mają większego znaczenia. Liczą się czyny, a nie słowa. Niestety praktyka zbyt często odbiega od rzeczywistości.

 

To co my będziemy tam eksportować?

Wciąż eksportujemy. Przede wszystkim siłę roboczą.

  • remek

    Zgłoś

    Przeglądałem niektóre portale z Radzynia i z Białej. Wchodzę na nie co jakiś czas od kilku lat. Typowa prowincja. Nudne jak flaki z olejem. Ciągle ta sama zdarta płyta. Rewelacji i tzw. sensacji żadnych nie widzę. Same dożynki, zdjęcia z imprez gminnych i innych, otwarcie, zamknięcie, odsłonięcie, pierdnięcie, hura-bura, wypadki, figo-fago, durno bo głupio i kronika policyjna. Czyli tzw. "powiatowe kronikarstwo". A szczelnie na tych stronach od tych "newsów", jakby ptak narobił na drobno. Tak, by wzbudzić u odbiorcy złudzenie wielości informacji. Gdyby nie zdjęcia, kronika i eventy. Gdyby nie okruchy z pańskiego stołu, comiesięczne przelewy za "dziennikarstwo zaangażowane", później cudny pijar...To tam są Ci przebojowi? Ci ambitni? Tyle zdolnych ludzi: "Patrzcie jak talenty giną" - rzec można, trawestując cesarza Nerona.

  • Andrzej Kotyła

    W odpowiedzi na: remek Zgłoś

    Remek, co się gapisz - siądź za kompem, też coś napisz!
    Coś Cię przecie może minąć, nie daj talentowi zginąć!
    Nie daj myśleć, że podobno ptak narobił Ci na drobno.
    Razem możem być poczytni - przebojowi i ambitni!

  • Ha, ha...

    Zgłoś

    Wywiad z "Markiem". To jest to. Popieram. Sądzę, że ludzie chętnie poczytaliby o jego życiowych dokonaniach. Ze wszystkimi szczegółami. On to dopiero ma dużo do powiedzenia. Bo "konkurencja" stanowczo zbyt nudna. Ciągle ta sama zdarta płyta. Flaki z olejem. Postawcie tam na kogoś nowego, przebojowego.

  • do Marka

    Zgłoś

    Z ciekawych ludzi, to redakcji został radzyński unicestwiający się swoją głupotą zarodek zwany "braciszkiem i siostrzyczką" pseud. "zawierzony pałac". Ewentualnie peron bedleński Wiesio. Hulaj dusza, piekła nie ma - Janek Żil. A może świadkowie historii: pielgrzym i rudy. A może archiwista wywalony na zbitą buzię przez swoich kolegów z IPN zamawiający pięć piw. A może ty Marku jesteś tym najciekawszym?

  • Konkurencja

    Zgłoś

    Bardzo słaby i siermieżny wywiad. Takie flaki z olejem. Rozmowę przeprowadza się po pierwsze poprzez odpowiedni dobór pytań, po drugie z interesujacymi osobami. Tutaj tego nie ma, niechłonie się sobą ani pytań ani odpowiedzi. Gdyby to był wywiad rzeka, po dwóch stronach zamknąłbym książkę i żałował , że ją kupilem. Może dla jakiegoś lokalnego branżowego pisemka robionego przez naturszczyka byłoby to w miarę, ale żeby zainteresować czytelników, co to to nie.

  • Marek

    W odpowiedzi na: Konkurencja Zgłoś

    Takie ble, ble, ble, o wszystkim i o niczym. Powielane dziesiątki razy, żadnej inwecji . Dzisiaj mnóstwo osób o ktorych jeszcze nie tak dawno nikt nie słyszał, na Youtube przeprowadza naprawdę interesujące wywiady z ciekawymi postaciami. Dobrze , że redaktor nie udziela się w Okiem Satyry, bo bym chyba zasnął. Czy redakcja nie ma możliwości przyciągnąć do siebie kogoś , kto rozrusza ten portal i wniesie świeży powiew i spowoduje ,że będzie się chciało tu wchodzić. Postawcie na jakiś przebojowych ludzi a nie na nudnych.

Skomentuj

Komentuj jako gość

0 / 1000 Ograniczenie ilości znaków
Twoja wiadomość powinna zawierać od 10-1000 znaków
warunki użytkowania.

WYDAWCA


logo arx

 

ARX-MERITUM Sp. z o.o.

ul. Dąbrowskiego 16

21-300 Radzyń Podlaski

REDAKCJA


Redaktor naczelny - Magdalena Krawczyk

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Radzyń Podlaski

Redaktor prowadzący - Magdalena Krawczyk

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

882-999-824

Biała Podlaska

Redaktor prowadzący - Marcin Kozarski

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

882-999-825

Parczew

Redaktor prowadzący - Dominika Lipowska

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Współpraca:

Małgorzata Brodowska (dziennikarz)

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Andrzej Kotyła (felietonista)

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

REKLAMA


Kontakt: 604-585-595

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Cennik

Specyfikacja techniczna reklam

Regulamin